I nigdy na odwrót
niedziela, 19 stycznia 2014

Hej i czołem!

Stworzonko na samym początku musi Was naprawdę solennie przeprosić, że w ostatnich czasach rzadko bywa na Cogito. Wiąże się to z zespoleniem stworzonkowej egzystencji z różnymi podręcznikami, słownikami i antologiami, a swój finał mieć będzie 8 lutego. Doctor miał swoje Tranzalore, stworzonko ma swój 8 lutego. Tylko gdzie stworzonkowa Clara?

Anyway, gdy już stworzonko umrze i zmartwychwstanie (jak to w modzie ostatnio) to postara się (z całą odpowiedzialnością publikując te słowa) pisać Wam różne błahe bzdury najczęściej jak tylko pozwoli na to leniwy wszechświat.

A dziś stworzonko pisze na temat specjalny, ze specjalnej okazji

Mianowicie zostało poproszone przez Martynę (stworzonko radośnie macha Ci łapką)  o spisanie wszystkich swych, jakże głębokich przemyśleń (o! Benedict taki ładny! Martin taki ładny! Rupert taki ładny!) posherlockowych, na temat których nawiasę mówiąc stworzonko bardzo przyjemnie już porozmawiało na facebooku, za co chciało oficjalnie podziękować, zapewniając, że jesteście najbardziej uroczą grupą ludzi w stworzonkowym świecie.

To jak? Are we ready? 

 

Stworzonko na samym początku chce zaznaczyć, iż zdaje sobie sprawę, jak wielu fellow fans sezon 3 się nie spodobał, stworzonko odczuwa nawet, że dziwnym sposobem dobrym tonie jest sobie trochę ponarzekać. Well.. jak już pewnie zdążyliście zauważyć, stworzonko jest wybitnie nie dopasowane, a przy tym niegrzeczne oraz (najgorzej z najgorszych) jest typem optymistycznego fana, który patrzy tylko na strony jasne, a strony ciemne rozjaśnia latarką nadinterpretacji.

I może właśnie dlatego stworzonko po obejrzeniu s3 jest w sumie jednak zachwycone i ukontentowane, dzięki czemu nie zjada je od środka mały wizerunek Moriarty’ego (zwany w podobnych przypadkach niecierpliwością). Stworzonko właściwie cieszy się na rozpościerający się przed nim hiatus, bo czuje, że dzięki niemu będzie mogło przefangirlować to co zobaczyło, nasycając się szczęściem samej tego obecności (ach te dwa lata udręki czekania). Ostatecznie przecież Sherlock wraca na święta, co z kolei rozdziera stworzonko, które nie będzie musiało oficjalnie oznajmić rodzinie, że nie spędzi z nimi tych dni, bowiem nie starczy mu już czasu (Doctor, Sherlock- tyle to obejrzenia!)

Wracając jednak do meritum- odcinki, odcinki, odcinki, odcinki… w sumie stworzonko powinno napisać to tylko trzy razy (ale po półtorej godziny)

Przede wszystkim stworzonko zastanawia się zaiste głęboko, czy tylko ono miało wrażenie, że ogląda przepięknie sfilmowane fanfiction? Co tyczy się zwłaszcza The Sigh of Three. Czy stworzonku to przeszkadza? Otóż, not really.

 

Stworzonko jako betonowy wręcz fan kanonu, było uradowane możliwością oglądania takiej prześlicznej plomby. Bowiem czytając na przykład Empty House stworzonko usilnie pragnęło doczytać się choćby odrobiny zwyczajnie ludzkiej wściekłości, która przecież musiała przepełniać Watsona, gdy Holmes zjawił się u niego po latach domniemanej śmierci. I stworzonko dostało co chciało, tylko że właśnie w serialu BBC. W tamtym momencie stworzonko po prostu chciało znaleźć Gatissa i mocno go przytulić- tak w ramach podzięki oczywiście (i równie oczywiste jest to, że stworzonko wcale nie śledzi każdego jego ruchu, aby zrealizować to spontanicznie powzięte postanowienie).

Zresztą i Moffat zasłużył zdaniem stworzonka na przyjacielskie uściśnięcie ręki za finał, ale mimo wszystko stworzonko nie może oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie fellow psycho-sherlocian Gatiss to Sherlock wyglądałby nieco inaczej i niestety chyba mniej fangirlowsko (mimo wszystko- jakże się stworzonko powtarza- w stosunku do kanonu).

A gdy już przy produkcji jesteśmy- stworzonko także zalicza się do tej niewielkiej części fantomu (stworzonko nie jest jedyne, prawda? Prawda?), którą całkowicie kupiła rodzinna (dosłownie) atmosfera sezonu 3. Rodzice Sherlocka, będący realnymi rodzicami Benedicta, pies Martina, no i oczywiście Amanda. Jak można być nie czułym na urok tak przesłodkiej gromadki nepotystów?

Właśnie- Amanda. W stworzonku znowu odzywa się nisza, bowiem w jej Mary zakochane jest całym swoim pokrojonym na fandomowe miłości serduszkiem. I jak stworzonko klasycznie nie znosiło zony Watsona w opowiadaniach, tak współczesna Morstan jest jak dla stworzonka absolutnie idealna. Do tego stopnia, że z Jedynego Prawdziwego Johnlocka, sherlockowy ship stworzonka przeobraził się w True Thresome.

Shipy.. stworzonko zanim cokolwiek o nich powie, powinno chyba jednak oficjalnie zaznaczyć i podkreślić z goła nieoczywistą rzecz: stworzonko nie jest shiperką. A przynajmniej nie w takim tradycyjnym, tumblerowym rozumieniu. Stworzonko owszem oglądając Sherlocka skupia się głównie na relacjach między detektywem i blogerem (choć Magnussen..) i pragnie najbardziej na świecie, aby pozostali na zawsze „you and me against the rest of the word”, lecz z lekkim przestrachem patrzy na łóżkowe fanarty. Przede wszystkim może faktycznie chodzi to o definicję relacji? Stworzonko jest takim dziwnym stworzonkiem, że górnolotnie zwaną miłość kładzie niżej niż przyjaźń. A przyjaźń jaka łączy Sherlocka i Johna to uczucie nawet silniejsze niż owa najbardziej ceniona przez stworzonka przyjaźń. To więź wymykająca się definicjom, o wiele ważniejsza dla nich obu, o wiele (mówiąc bardzo patetycznie) czystsza. Żaden nie może żyć bez drugiego, przez co balansują na granicy uzależnienia od siebie, zawsze znajdując jednak zdrowy (by nie rzec złoty) środek.

Dla stworzonka o to właśnie zawsze chodziło w Sherlocku- zarówno w serialu (stworzonko macha do Ciebie Mark, stworzonko wie, że rozumiesz), jak i w opowiadaniach.

I właśnie to stworzonko dostaje, obrane z niedopowiedzeń, a będące miodem na wyczerpane dwuznacznością serce sherlociana w najnowszym sezonie. Bowiem jak pięknie powiedziała Agata podczas wcześniejszej dyskusji: czasami nadchodzi czas, by skończyć z niedopowiedzeniami.

 

Stworzonko czyta co napisało i dochodzi do bolesnego wniosku, że nie poruszyło większości kwestii, które chciało i nawet nie zaczęło tematu teorii około Moriarty’owych, Magnussen”owych, czy Mycroftowych. Więc może wyjdzie po prostu w trakcie dyskusji?

Stworzonko wie jedno: sztandarowym hasłem stworzonkowych refleksji z pewnością mogłoby być- dziękujemy Gatiss!

PS. Wpis sponsoruje Lestrade, w którym stworzonko się oficjalnie zakochało oraz który definitywnie jest postacią z którą stworzonko się utożsamia.

Tagi: bbc sherlock
18:29, stworzonko_anna , It's all relative
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 grudnia 2013

Hej i czołem!

Stworzonko zdecydowało się napisać Wam jakieś chociażby krótkie Cokolwiek Świąteczne. Zastanawiało się, czy tak jak napomknęło powinien być to spis ulubionych około świątecznych filmów, książek, a może utworów muzycznych. A może coś zupełnie innego- w końcu niedługo stworzonko zacznie także coroczne podsumowanie.

Wyjrzało stworzonko za okno i oślepione promieniami ciepłego, grudniowego słońca doszło do wniosku, że poleci Wam ostatecznie kilka rzeczy gwarantujących natychmiastowy klimat świąteczny.

I tak, aby poczuć ciepło Gwiazdki stworzonko sugeruje zacząć od odpowiedniego ubrania. A w tej kwestii nie ma lepszego wyboru niż Sławny Sweter Marka Darcy’ego. Jeśli więc jedyne co Wam doskwiera do chłód, najprostszą receptą jest właśnie taki piękny wyrób od-owieczny.

 

Jeśli natomiast już postanowiliście ubrać pewne zielone drzewko w symboliczne ozdoby, lecz czujecie, że brak mu pewnego polotu- stworzonko poleca zapoznać się z ofertą specjalnych bombek, sygnowanych przez Doctora Who. Z nimi-możecie być pewni- Wasza choinka wzniesie się na wyżyny, nie tylko estetyczne.

 

Co natomiast począć, gdy pragniecie odmiany od skostniałej tradycji karpia i pierogów, a niestety nie macie zielonego pojęcia czym takie smakołyki można by zastąpić? Nic łatwiejszego: wystarczy nastawić wskaźniki podróży TARDIS na trzy miesiące wstecz i rozpocząć w tej niedalekiej przeszłości produkcję świątecznego puddingu, jako iż około 90 dni jest dokładnym czasem jego dojrzewania, po powrocie jedyne co będziecie musieli zrobić to wyjąć go z piwnicy. Pamiętajcie: z piwnicy. Koniecznie.

 

A teraz najgorsza zmora każdego christmas-makera: prezenty. Jest to ciężka choroba, niestety przy tym nieuleczalna. Stworzonko samo nie wypracowało stałej recepty, by jej zaradzić, więc rok w rok żegna się ze swoim starym ja i regeneruje. Pomagają mu przy tym tłumy w centrach handlowych i fakt, że nobody does the christmas list (a w myślach, przeglądając internet: I do!).

 

Tym króciutkim cosiem świątecznym stworzonko życzy Wam powodzenia w przygotowaniach, szczęścia w obchodzeniu i czasu wolnego by wypocząć po. And all that Staff left to wish

Wesołych Świąt!

Stworzonko:)

PS. Wybaczcie stworzonku brak zdjęć, ale przebywa publikując u rodzinki pozbawionej przywileju Internetu

15:07, stworzonko_anna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 grudnia 2013

Hej i czołem!

Stworzonko obiecało Wam wpis o Billu, to macie wpis o Billu, zanim Święta dopadną stworzonko, które będzie musiało poświęcić cały czas na mrożące w żyłach przygotowanie oraz przerażające kończenie zaczętych naukowych projektów.

A o jakim Billu mowa? Oczywiście o Baileyu- tym samym na którego londyńskim show stworzonko miało przyjemność gościć na widowni.



Wiecie jakie stworzonko jest- stara się napisać poważną, zupełnie nie chaotyczną recenzję, na którą będzie można się z całą odpowiedzialnością powoływać (bo oczywiście wszyscy powołujecie się na wielki, niezmierzony wręcz autorytet stworzonka w kwestiach kulturalnych), a na (nie)szczęście wychodzi jak zawsze i stworzonko kończy z dziwnym tworem patrzącym się na niego literowymi oczami z wysoką dezaprobatą- nawet on nie lubi być tak kompletnie bez ładu i składu.

Cóż począć jednak, gdy stworzonko jest wybrykiem literackim i za nic nie potrafi być choć odrobinę profesjonalne.

Pozostaje tylko dalej pisać o Billu:

Wyobraźcie więc sobie stworzonko (które nawiasę pracuje nad sprecyzowaniem swojego wizerunku na jakimś papierze z pomocą ołówka i braku talentu w kwestiach artystycznych), które radośnie ściska bilet na show przedziwnej nazwy (Qualmpeddler- stworzonko do tej pory nie może się doszukać co to oznacza) jednego ze swoich ulubionych komików, a na dodatek  mające odbywać się na Wembley. Tyle wygrać. Stworzonko wsiada sobie beztrosko wieczorem w metro i spędza całą drogę natrętnie wpatrując się w domniemanego Michaela Fassbendera. Stworzonko wysiada mając przed sobą przepiękną wizję stadionu, który z bliska wydaje się jednak jakby mniejszy… a potem każą mu iść w prawo, bo okazało się, ze Wembley Arena nie znajduje się na stadionie. Stworzonko gratuluje sobie prawdziwie sherlockowej przenikliwości. Oprócz stania w kilometrowej kolejce do wejścia wieczór nadal zapowiada się dobrze. Stworzonko nawet zdążyło dotrzeć na swoje przeurocze, plastikowe siedzenie przed rozpoczęciem show, jako iż Bill rozumiejąc sytuację tłumów przed wejściem nieco się spóźnił.



Po jego przybyciu na scenę było już tylko lepiej. Seriously, stworzonko nie jest ironiczne (nie tym razem). Bailey bowiem na żywo jest jeszcze lepszy niż przez Internet, że tak to stworzonko określi. Choć może to kwestia widowni, na którą z pewnością składali się sami zdeklarowani psychotyczni fani, sądząc po odgłosach oraz atmosferze poufnej poufałości jaka panowała między nami, a Billem.



Jedno jednakże zaskoczyło stworzonko- jak wiedziało ono, że Bailey jest niezrównanym muzykiem, będąc przy tym komikiem w tym temacie, tak nie zdawało sobie sprawy, że jako stand-upper ma on nie tyle ostry język, co zwyczajną żyletkę. Żartował, tradycyjną manierą głównie z aktualnej polityki, lecz ciętość jego spostrzeżeń powaliłaby stworzonko na kolana, gdyby już nie siedziało. Docinki były nie rzadko personalne i jak stworzonko Billa lubiło, lubi i lubić bez dwóch zdań będzie, to ten rodzaj żartu nie przypadł mu do gustu. Atmosfera natomiast rozluźniła się wraz z dźwiękami muzyki, a po wieńczącym całość nagraniu z uwalniania sowy z chińskiej restauracji oraz wzięciu syna na barana (i tak opuszczeniu sceny) stworzonkowe serce zostało kupione całkowicie. Nie grzechem jest przecież być społecznikiem wraz z uprawianiem zawodu komika, prawda? When you can make a difference, why not doing it, right?



Ostatnia refleksją jaka się stworzonku nasunęła po występie była podobna do tej towarzyszącej stworzonku po goszczeniu na Dylanie Moranie- obaj panowie bardzo się zestarzeli. A może to po prostu stworzonko za późno zaczęło nadrabiać spuściznę ich twórczości i ostało się na ich wizerunku gdzieś z lat 90-tych?

Jakby nie było stworzonku Qualmpeddler sprawił dużo przyjemności, a już na pewno nie zawiódł- i pozostaje tylko gdzieś w obu stworzonkowych sercach taka melancholia, że to już koniec i trzeba wyjmować swój sweter Marka Darcy’ego, bo święta tuż tuż. I nie będzie się wtedy w Londynie. A przynajmniej nie ciałem.

Miłego wieczora

Stworzonko:)

PS. Chcecie od stworzonka zestaw świąteczny? No wiecie- filmy, czy (mój Moffacie) muzyka(!) na Gwiazdkę?

PPS. Ostatnio podbiliście tak stworzonku statystyki, że prawie zawału ze szczęścia dostało. Czy to oznacza, że powinno częściej opisywać swoje psychotyczne uczucie do Bena Whishawa?

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Hej i czołem!

 Stworzonko chciało Wam tyle opowiedzieć długimi zdaniami! I tak szybko. I nawet miało już Internet, gdy… nadeszła ona. G. Gorączka. Pochyliła się nad stworzonkiem całą swą niezmierzalną wysokością i pochłonęła duszę stworzonka.

Innymi słowy stworzonko było tak chore, że wydawało mu się, że spotkało w metrze Jenne Coleman w długiej srebrno-błękitnej (prześlicznej) sukni i imprezowało z nią i całą śmietanką brytyjskich aktorów. Na dodatek było tego tak pewne, że przeszukało cały telefon w poszukiwaniu zdjęć. Nie znalazło.

Dlatego też wpis jest spóźniony, ale stworzonko bardzo chciało go zamieścić, więc dzieli się z Wami wrażeniami z przedstawienia stworzonkowego życia.

Mowa oczywiście o Mojo, czyli jedynej sztuce (jak do tej pory w życiu stworzonka) na którą stworzonko poszło bez żadnego wcześniejszego przygotowania (a jak dobrze wiecie stworzonko zawsze zna asystentów reżysera), ślepo kierując się obecnością w niej swojego ukochanego aktora. I okazało się, jak stworzonko lubi, gdy życie go rozpieszcza, że sztuka okazała się mieć nie tylko oczywiste fantastyczne aktorstwo, ale także mądrą treść. Dlaczego stworzonko użyło konkretnie tych dwóch słów „mądra”, „treść”? A nie na przykład inteligentna fabuła? Bowiem doszło do wniosku, że słowa wybrane jako pierwsze są po prostu idealnym streszczeniem fabuły Mojo, które z początku wydaje się być zakręconą historyjką o szajce dziwnych, przypadkowych ludzi swoich czasów, a koniec końców zaskakuje cię swoją, może zabrzmi to nieco patetycznie, ale jednak: głęboką puentą.



Ale po kolei (stworzonko takie profesjonalne): mamy lata jakieś 80’te i po pewnej mocno zakrapianej imprezie dochodzi nas informacja, że główny właściciel i gwiazda baru w którym toczy się cała akcja nie żyje. Przed taką sytuacją zostają postawieni także jego dwaj ochroniarze, menadżer i wspólnik, woźny lokalu oraz (przede wszystkim) syn.



Kończą zachwyty nad fabułą stworzonko doda tylko, że nie chce spoilerować i ma nadzieję, że może jednak uda się Wam znaleźć tanie libry do Londynu i obejrzeć tą perełkę albo dobry duch reżyser wyda ją na DVD, w każdym razie jedynym problemem dla stworzonka był jej język, bowiem całkowicie mówiona była w cocney. Stworzonko oglądając błogosławiło, że kiedyś interesowało się tym dialektem i potrafiło zrozumieć najważniejsze kwestie.



A teraz możemy przejść do kwestii aktorstwa (zaciera łapki), które w całości było bez zarzutu. Każda z postaci była wyrazista i zupełnie inna, co łatwo rozkładało sympatie i antypatie. Szczególnie uroczo wypadł Rubert Grint jako niezbyt rozgarnięty ochroniarz o wysokim głosiku i wiecznie znerwicowanym sposobie bycia. Ciężką rolę miał Colin Morgan, a z pewnością wymagała ona dużego zaufania i życzliwości w stosunku do Bena Whishawa, co stworzonko cieszy, jak zawsze, gdy utalentowani ludzie się przyjaźnią.



I na koniec Ben.



Dla stworzonka zaskoczenie przedstawienia. Rola tak zupełnie różna od wrażliwców i intelektualistów, których grał do tej pory. W Mojo Ben gwałci, rozbija meble i torturuje. Jest głośny, tańczy i śpiewa. Tym swoim ślicznym, aksamitnym głosem- dziękujemy Ci reżyserze, że zauważyłeś talent. Ben nie gra swojej postaci, on po prostu jest BB. I na swoich barkach, pomimo niemal doskonałości pozostałej części obsady dźwiga cały spektakl. Co nawiasę widać podczas ukłonów. Owo zmęczenie i smutek na twarzy Bena sprawiły, że stworzonko zrobiło potem to co zrobiło.



Wspomniana, bowiem koncówka Mojo niesie ze sobą tak duży ładunek emocjonalny, że zarówno widz, jak i pewnie aktor, biorą głęboki oddech, gdy opada kurtyna. Stworzonko po dobrym dziele kultury ma w sobie takie niezachwiane poczucie harmonii we wszechświecie, zadowolenie, że jest w tym małym miejscu, a nie innym i duma z tego. Właśnie tak czuło się stworzonko po Mojo.



A potem stworzonko spytało, gdzie może zobaczyć aktorów. I gdy schodziło po schodach we wskazane miejsce przypomniało sobie właśnie twarz Bena w trakcie ukłonów. Jak bardzo głęboko jest nadal w sztuce, jak mocno musi być zmęczony. Jakim jest dobrym aktorem, całkowicie oddając się roli, a ja wejdę do niego na backstage i jedyne co będę mogła powiedzieć to trywialne „you’re fantastic, i’m your biggest fan”. Frazes, który z pewnością słyszy codziennie. I stworzonko zdało sobie sprawę, schodząc tymi niemiłosiernie długimi schodami, że nie chce być postrzegane jako typowy szalony fangirl, który stalkuje aktora tylko po to, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Ben zasługiwało po tak dobrej grze w Mojo chwili wytchnienia- to mogłam mu dać jako fanka.

Stworzonko wbrew swoim obsesyjnym zachwytom i piskom internetowym, realnie wolałoby być raczej fanem zapraszającym na kawę i krótką pogawędkę. Tak postanowiło po tym przedstawieniu, co dopisuje Mojo podwójny aspekt edukacyjny.

Reasumując stworzonko uważa, że było to jedno z lepszych przedstawień jakie widziało w długim czasie, a z pewności zyskujące wraz ze wspomnieniami.

Miłego popołudnia

Stworzonko:)

PS. A w najbliższym czasie króciutko o Billu Baileyu.

piątek, 22 listopada 2013

Hej i czołem!

Tysiąc ważnych rzeczy na początek:

Primo- stworzonko zaprasza wszystkich tu obecnych Czytelników, którzy jeszcze nie odkryli facebookowej działalności stworzonka na fanpage. Stworzonko przeniosło tam cały absurdalny spam, a na dodatek stara się nawiązać przyjazne i personalne relacje z Wami- creepy fun gwarantowany.

Secundo- stworzonko zostało ostatnio nominowane przez Zwierza do Liebster Award i oprócz połechtanej niezmiennie próżności stworzonka owocuje to właśnie tym wpisem. Oczywiście spóźnionym (stworzonko zaczyna poważnie zastanawiać się, czy zamiast stworzonko nie powinno nazywać się Biały Królik).

W gwoli informacyjnej- Liebster Award ma na zdaje się na celu spopularyzowanie mniejszych blogów. Zasady, zasadami, a w kulturowej blogosferze jak stworzonku się wydaje, że się obraca zastąpiono to normą polecania blogów zaprzyjaźnionych, a i o podobnej tematyce. Jedna reguła pozostaje niezmienna: nie nominujemy bloga, który Cię nominował- a szkoda.

So here we go- stworzonko odpowiada na 11 pytań Zwierza:

 

  1. Pewien recenzent dał jedną gwiazdkę grze pisząc, że robi to, dlatego, że jedna z misji polega na torturowaniu przeciwnika. Poza tym gra jest dobra. Zgadzasz się z tym? Za co byś tak obniżyła/obniżył ocenę filmu/gry/serialu?

 Stworzonko kontra zagadnienia filozoficzne 0:1 na poziomie wyjściowym. Czy jeśli stworzonko nie zgodę na wybór recenzenta uzasadni powszechnością przemocy w dzisiejszym świecie to będzie to wypowiedź tak niemoralna, że przestaniecie je czytać? Poza tym, no cóż jeśli godzić się na wypuszczenie gry na rynek to na pewno z wysoką granicą wieku (obvious, my dear Watson)- a dorośli to przecież dojrzali ludzie są, umieją podejmować decyzje. Chyba.

Stworzonko obniżyło by ocenę jakiegokolwiek dzieła kultury tylko i wyłącznie biorąc pod uwagę jego aspekty techniczne, w końcu: de gustipus non disputando

 

  1. Musisz wybrać – do końca życia nie zobaczysz żadnego filmu/serialu albo nie przeczytasz żadnej książki. Co wybierasz.

    Stworzonko zrzeka się dalszego istnienia, by nie musieć podjąć takiej ciężkiej decyzji. Ucieczka od kłopotów to zachowanie, które łączy stworzonko i niektórych samotnych Doktorów.

 

  1. Zwierza zapytano kiedyś, dlaczego zarywa noc by oglądać Oscary. No właśnie, Dlaczego?

 Bowiem jest to niezwykle interesujące zjawisko socjologiczne, a Zwierz jako socjolog poczuwa się w obowiązku śledzić tego typu okazje akademickie. Poza tym, czy ktoś kiedyś nie powiedział, że czas jest relatywny, więc nie możemy jasno powiedzieć, że Oscary odbywają się w środku nocy? A jak ktoś na dodatek odczuwa dotkliwe upośledzeni geograficzne powiązane ściśle z USA to jest to dla niego jak najnormalniejsza pora, by oglądać tak niebłahą uroczystość.

 

  1. Woody Allen nakręcił kiedyś film a potem uznał, że mu się on nie podoba i nakręcił go w zasadzie jeszcze raz z nieco inną obsadą. Który film należałoby nakręcić jeszcze raz, (ale nie od początku tylko tak połowicznie)?

 Stworzonko myślało nad Alexandrem, nad Troją i doszło do wniosku, że w sumie to zmieniłoby je całe. Aż w końcu znalazło film, który był wcale dobry, ale nie sprostał do końca stworzonkowym oczekiwaniom- Droga. Jako fanka (zagorzała i fanatyczna, zresztą) stworzonko obsesyjnie chciało by zobaczyć film wedle własnej wizji. Ale tak to już bywa z ekranizacjami.

 

  1. Jaki był pierwszy film, który obejrzałeś/obejrzałaś, mimo, że absolutnie nie był dostosowany do twojego wieku?

    Jako dziecko wychowywane przez swoją matkę na Liście Shindlera, Tajemnicy Brokeback Mountain i Trumanshow stworzonko podejrzewa, że dużo filmów obejrzało obiektywnie może nieco za wcześnie. Natomiast filmem, który zapamiętało głównie poprzez niezliczona ilość razy nakładania maminych dłoni na stworzonkowe oczy jest dla stworzonka Ostrożnie Pożądanie. Liryczny melodramat okraszony scenami odważnego seksu. Stworzonko, lat niewiele, acz kilkanaście.

 

  1. Czy znacie jakiś wiesz na pamięć? Jeśli tak to, jaki i kiedy go cytujecie, jeśli w ogóle?

    Stworzonko jako dumna fanka Szymborskiej na pamięć zna Miłość Szczęśliwą i Kota w Pustym Mieszkaniu (wiecie, te konkursy recytatorskie). A że stworzonko lubi zabłysnąć cytatem to wyjątkowo często szuka ku temu okazji. Miast natomiast skupiać się na poezji, najczęściej przytaczanym przez stworzonka tekstem, który zna na pamięć jest epilog Burzy Shakespeare. Ale to tak obok tematu

 

  1. Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiliście w imię realizowania swoich pasji?

    Czas na wyznanie: stworzonko jest absolutnie antyszaloną personą. Z natury jest raczej cichutkie, nie zwracające uwagi i przypominające sarnę. Dlatego naiwnie za najbardziej szaloną rzecz jaką stworzonko zrobiło w imię swej miłości do Doctora Who uważa włamanie się na wystawę w London Film Museum i przytulanie się do TARDIS. Stworzonko podejrzewa, że ochrona miała fantastyczną zabawę obserwując stworzonko na monitoringu, bowiem gdy wychodziło odprowadzali je znaczącymi spojrzeniami.

Kiedyś także w dniu ważnego egzaminu stworzonko przyszło ze znakami Ciszy na całych rękach ryzykując wydaleniem z sali za domniemane ściąganie ze poprzekreślanych kresek (te tajne whoviańskie kody). Ach ta adrenalina.

 

  1. Czy lepiej być życzliwym i naiwnym czy diablo inteligentnym, ale pozbawionym złudzeń wobec świata?

    Stworzonko uważa, że wygodniej i milej jest być naiwnym, ale samo woli inteligencję przypłacić brakiem złudzeń. Stworzonko kłóciło się już na ten temat z Kocheletem.

 

  1. Możecie urządzić jedną akcję, w którą ludzie na pewno się zaangażują i która może nieco zmienić świat. Co proponujecie?

    Stworzonku zawsze marzyło się darmowe kino, w którym widzowie sami wybieraliby repertuar. Na dodatek stworzonko chciałoby, żeby owe kina powstawały w małych miejscowościach, bądź wsiach. Mówiąc idealistycznie: aby stanowiły spoiwo scalające społeczność.

Może świata to ta akcja by nie zmieniła, może wydaje się jakoś tak mało altruistyczna i niepraktyczna, ale stworzonko wyśniło właśnie taki sen.

 

  1. Okazuje się, że odnaleziono zaginiony utwór waszego ulubionego kompozytora/wykonawcy, ale wszyscy zgodnie mówią, że jest słabszy od wszystkiego innego. Chcecie wysłuchać?

    Oczywiście. To chyba znaczy być fanem, right?

 

  1. Dlaczego ten post ma 14 stron?

 Bowiem są pytania bez odpowiedzi i pytania na 14 stron odpowiedzi. That’s how Universe Works, isn’t it?

 Stworzonko musi przyznać, że pytania Zwierza znalazło trudnymi (jak w pięknej polszczyźnie przetłumaczyć find difficult?), a czytając własne odpowiedzi zakwestionowało sens istnienia tak niepraktycznej jednostki, jaką jest stworzonko, ale zabawa i tak była przednia. Dlatego też stworzonko nominuje swoją 11, mając nadzieję, że któraś z szanowanych person przeczyta kiedyś tego maleńkiego, hermetycznego bloga i odpowie na stworzonkowe egzystencjalne pytania.

I tak stworzonku byłoby miło, gdyby wraz z nim bawiła się:

 Aishwarya, bowiem stworzonko wie, że za torcikowymi kolczykami kryje się prawdziwa fanka Sherlocka

 221B Baker Street, za tak bliskie stworzonkowemu sercu abstrakcyjne poczucie humoru

 Z Pantałyku- w podzięce za inteligentne dyskusje o kulturze

Ślimak z Chatolandii- może odpowiedź w jednym komiksie?

Maja Lulek- która tworzy najpiękniejsze fandomowe koszulki

 Sherlockiana- jak już przy Sherlocku byliśmy

Filmy, które ryją banię zbyt mocno- za tworzenie stworzonku listy filmów, które musi obejrzeć jak najszybciej, bo się wstydzi, że jeszcze tego nie zrobiło

Ninedin- bo to Ninedin.

Stworzonko nie umie liczyć, więc nie wiem jak Wy, ale ono widzi pełną drużynę. A pytania proponuje następujące:

 1. Tardis blue- realny kolor, czy mit. Uzasadnij podając przykłady

2. Dlaczego tibbles to najprzyjemniejsze istoty we wszechświecie?

3. Gdybyś miał zwiedzić wszechświat w tylko jednym komplecie ubrań, jaki strój by to był i dlaczego piżama?

4. Pierwsza myśl przychodząca o głowy po usłyszeniu: „Ben Whishaw”?

5. Bigger on the inside, czy smaller on the outside?

6. Nowa fryzura Davida Tennanta- analiza przypadku

7. Co jeszcze zdarzy się przed premierą 3 sezonu Sherlocka?

8. Dlaczego Spocki lubią koty?

9. Najbardziej przydatny zwrot po klingońsku

10. Kiedy jest najwyższa pora przeprowadzić się do Night Vale?

11. Czy tylko stworzonko tak ma, że gdy spodoba mu się jakiś bohater w serialu to aktor go grający okazuje się Brytyjczykiem?

 Oto iście intelektualne zagwostki, stworzonko ma nadzieję, że odpowiadanie na nie sprawi Wam tyle samo radości, co stworzonku wymyślanie ich- stworzonko ma też nadzieję, że Wy, Czytelnicy dowiedzieliście się tylko niegroźnych informacji o stworzonku i nie czujecie degustacji po lekturze tego wpisu.

Miłego wieczoru

Stworzonko:)

PS. Jutro wielki dzień!

czwartek, 07 listopada 2013

Hej i czołem!

Stworzonko od jakiegoś czasu obsesyjnie fangirluje coś czego rodzaju jeszcze nigdy nie umieszczało w centrum swoich zainteresowań. Słuchowisko radiowe. Dokładniej- podcast.

Stworzonko pomimo swej zdeklarowanej brytyjskości nigdy nie posłuchało Cabin Pressure. Wie, iż jest to błąd niewybaczalny i zaniedbanie, ale tak jakoś nigdy dotąd nie poczuło odgórnego i paraliżującego przymusu zapoznania się z CP. Swoją przygodę z radiem zaczęło natomiast od Welcome to Night Vale.

Absolutnie cudownego, absurdalnie randomowego słuchowiska o pewnym przedziwnym, acz magicznym miasteczku. Audycja ma formę typowego kanału lokalnego, w którym pogoda to alternatywna muzyka młodych wykonawców. I jak nie kochać takiego tworu?

Gdyby to jednakże było wszystko- twórcy jednakże podają nam na tacy także paring (stworzonkowego) życia, czyli naukowca Carolosa i naszego ukochanego radiowca Cecila.

Można by jeszcze powspominać o samych bohaterach oraz o przedziwnym humorze, który otacza całą produkcję, stworzonko jednak zdecydowało, że pozwoli mówić samemu Night Vale:





Stworzonko mam tym samym nadzieję, że już niedługo chętnie porozczulacie się wraz ze stworzonkiem nad cudownością WTNV.

A więc: Godnight Readers, goodnight

Ps. Wybaczcie stworzonko ledwie krótkie streszczenie, ale poprostu nie wie ja zabrać się za opis takiej perełki, by nie zepsuć zabawy



wtorek, 05 listopada 2013

Hej i czołem!

Stworzonko pragnie zacząć ten wpis wyrażeniem (w miarę możliwości popularnościowych tego bloga) swego niepomiernego wzruszenia i szczęścia, że po pierwsze na prawdę nie jest jedyna osobą czytająca Cogito, po drugie, dlatego, że Wy, Moi Kochani Czytelnicy jesteście najwspanialszymi ludźmi pod słońcem. Obdarzonymi wszelkimi przymiotami, począwszy od cierpliwości, na poczuciu humoru o iście brytyjskim stopniu absurdu, skończywszy. Innymi słowy stworzonko dziękuje, że jesteście.



A cały wpis stworzonko dedykuje Agacie Szewczyk, która jest cudowną przyczyną rozpłynięcia się stworzonka do tej formy bulgoczącego budyniu szczęścia.

O czym jednak stworzonko pragnie tak usilnie napisać?

Otóż stworzonko udało się wczoraj na seans Idy- filmu nie tyle kontrowersyjnego, co traktowanego przez stworzonko z rezerwą z racji swoich licznych wyróżnień- stworzonko już takim dziwnym zwierzęciem jest, co płocho podchodzi do arcydzieł.

I tak też stworzonko nie jest pewne, czy dzieliło się z Wami na bieżąco swymi niepokojami, czy też racjonalnie zachowało je w skrytości ducha, jednakże nie zmienia to faktu, iż faktyczne wątpliwości miało. I z ciekawości, nieco z przekory, a poniekąd aby udowodnić sobie błąd i uprzedzenia stworzonko wybrało się na rzeczoną Idę. Film, którego hasłami promującymi są głównie porównania z Pokłosiem. Stworzonko nie jest pewne, czy jest to kwestia niewielkiej liczby filmów o tematyce żydowskiej które wypłynęły do polskiego mainstreamu, czy też dziwacznego trendu w krytyce, jednakże (stworzonko przeprasza za swój ubogi zasób słownictwa i nadużywanie pewnych określników) miało wrażenie, że oglądało film o nieco innej tematyce niż opisywana na plakatach.



A wyszło to na dobre.

Stworzonku, bowiem przypadł do gustu szary klimat rzeczywistości komunistycznej Polski (czyżby czerń-biel wracało do mody ekranowej?), spokojna i stonowana atmosfera. To, że niewiele się mówi, gdyż paradoksalnie może nieco, słowa mogły by niepotrzebnie przejaskrawić wymowę obrazu. Gdyby stworzonko miało użyć jednego słowa do opisania Idy użyłoby: kontemplacyjna.



I na tej warstwie Ida stworzonko zachwyciła- oczarowała je delikatnością i subtelnością, także w ujęciu tematu. A jak już przy fabule jesteśmy- stworzonko miast piętnującej rozprawy z Polakami wydającymi Żydów, ujrzało historię niewiniątka napotykającego Prawdziwe Zło, Rzeczywistość i ostatecznie przegrywającego- tak stworzonko już kiedyś wspominało, że jest pesymistką (i większość filmów kończy się dla niego źle).

I koniec.



Naprawdę, to już koniec. Stworzonko siedziało po seansie nawet dłużej niż zazwyczaj wczytując się w nazwiska asystentów i medytowało nad fantastyczną muzyka, podczas przez jego umysł przemykały kolejne rozważania. Bowiem nie da się zaprzeczyć, że obraz zrobił na nim wrażenie, spodobał się. A jednak, coś stworzonku umykało w całości.



Wróciło do domu, zaparzyło sobie herbatki i jeszcze raz poddało próbie Idę. Po długim zmaganiu się z poczuciem dyskomfortu stworzonko poddało się uznając film Pawlikowskiego za bardzo dobry. Aż? A może jednak tylko. Bowiem, nie można odmówić mu gracji i wdzięku, jednakże jak stworzonko obawiało się- tak liczne nagrody  świadczą jednak o randze festiwali. Stworzonko ma takie kontrowersyjne, może nieco nieczułe i infantylne spostrzeżenie, że poziom konkurujących produkcji musiał utrzymywać się na poziomie dobrym, ale z pewnością nie wybitnym. Z taką konkurencją Ida faktycznie mogła zasłużenie wygrać. Lecz nic ponad to.

Poza tym, jak zawsze z resztą, istnieje możliwość, że stworzonko nie zrozumiało/nie wystarczająco dobrze zna historię/jest za mało wrażliwe (niepotrzebne skreślić). Jeśli ktoś odnalazł brakujący, a nadal niepokojący stworzonka element Idy, niech natychmiast mu powie, może będzie przyczyną spłynięcia na stworzonko białego światła oraz grupy aniołów śpiewających ponure, acz wzniosłe „Alleluja, witaj zrozumienie!”



Miłego popołudnia

Stworzonko:)

PS. To nie jest tak, że stworzonko chce Was zniechęcić do Idy, wręcz przeciwnie- ma ochotę na inteligentną dysputę, zwłaszcza o zakończeniu. Więc pędźcie na najbliższy seans i pouczcie stworzonko jak Sokrates swych nieoświeconych towarzyszy

poniedziałek, 21 października 2013

Hej i czołem!

Stworzonko jak obiecało (co prawda nikt na głos nie wyraził chęci na dodatkowy wpis, ale stworzonko próżnie potraktowało Wasze milczenie jako znak zgody, jak to się w pięknych, inteligentnych, dawnych cywilizacjach czyniło- ostatecznie, czyż to nie spóścizna?) publikuje dziś króciutki komentarz do nagrodzonych w 29th WFF.

Stworzonko za wiele powiedzieć (a właściwie chyba nic nie powinno mówić) nie może, bowiem jedynym filmem, który widziało, a znajduje się na owej zaszczytnej liście, jest (o ironio) Japoński Piesek. Stworzonkowe przeczucia się spełniły, co wytłumaczy sentencją niezwykle mądrej postaci "Ah-h, when you see the future, there is irony everywhere" (tak, stworzonko ma niemały crash on Rumpelstiltskin i całe Once Upon a Time).



Stworzonko, więc apeluje do Was z czystej dobroci serca- nie czytajcie niczego, co pisze ono o filmach, gdyż się na tym wybitnie nie zna, a nawet pozbawione jest jakiegokolwiek wyszukanego smaku i gustu, zadowalając się kinem dla niewybrednych. Ot, żaden z niego znawca, a gada natrętnie.

W argumentacji nagrody napisano: "za czułość w przedstawieniu bohaterów i świata."

Może to i racja, tylko stworzonko nie zauważyło otumanione jeszcze po drzemce na pierwszych 80 minutach filmu.



Well.. pierwszy stworzonkowy WFF uświadomił mu, że już czas przestać marzyć o karierze profesjonalnego krytyka, ale dał mu także ( a może przede wszystkim) niesamowicie dużo przyjemności z pobytu w atmosferze szczerej miłości do kina. A to jest chyba najważniejsze, dlatego stworzonko po raz kolejny nakłania Was do wzięcia udziału w imprezie. Może w przyszłym roku?

Miłego wieczoru

Stworzonko:)

PS. Stworzonko przeprasza za swój cięty język na Japońskiego Pieska, bowiem film sam w sobie najgorszy nie jest, ale drażni stworzonko to popularne ostatnimi czasy parcie na filmy nieraz tak dziwne w swojej alternatywności, że aż po prostu niezrozumiałe, nawet dla twórcy, co zazwyczaj przykrywa się sloganami typu: arcydzieło. Brrrrr <merda ogonem jak zirytowany kotek>



niedziela, 20 października 2013

Hej i czołem!

Jest niedziela, co po pierwsze jest stwierdzenie o tyle ważnym, że jeżeli jest się podróżnikiem w czasie, nie rzadko może zaskoczyć, po drugie, dlatego, bowiem dziś kończy się Warszawski Festiwal Filmowy.

Stworzonko wahało się jakiś czas, czy podarować Wam wpis już po ogłoszeniu wyników, czy też jak robi to mimo wszystko teraz. Swoją decyzję oparło na uroczo prostym wytłumaczeniu jakim jest najzwyklejsza nieznajomość większości produkcji konkursowych. Ostatecznie stworzonku udało się dopaść nieliczne 3 obrazy. Które, na wiasę mówiąc układają się w kombinacji: 2:1. Dwa niemalże arcydzieła, jedna kompletna porażka.

Stworzonko opisuje to w sposób tak (karykaturalnie?) ostro zarysowany, by pokazać jakie wrażenia wywarł na stworzonku sam festiwal- i to właśnie przechyla swoją szalę na plus.

Stworzonko wspominało Wam już o przecudownej Rona & Nele, nie będzie więc powielać zachwytów, ucieknie się jednak do podstępnej autoreklamy linkując swe zachwyty nad filmem, który tylko zyskuje z czasem.

Wróciwszy jednak z Rona & Nele, w niedługim odstępie czasu stworzonko udało się na rumuńską produkcję tytułem Japoński Piesek. Stworzonko jest prawdopodobnie gruboskórnym przygłupem, który za grosz nie rozumie kina artystycznego, lecz z całą szczerością wyzna Wam, że film ten mu się nie podobał, a nawet gorzej- tak stworzonko znudził, że przejdzie do historii jego życia, jako Pierwszy i Prawdopodobnie Jedyny Film Na Którym Stworzonko Zasnęło (dum dum dum duuum). Fabuła właściwie jest wzruszająca- mamy bowiem Starszego Mężczyznę, który w powodzi traci nie tylko dobytek, ale także żonę. Dowiedziawszy się o tej tragedii na wsi odwiedza go syn od lat mieszkający w Japonii, uciekający przed małomiasteczkowymi stereotypami. I oczywiście mamy konflikt, o podbudowującym (na duchu) jednakże zakończeniu. Co więc stworzonku się nie podobało? W zasadzie dobre pytanie. Sposób narracji, zwłaszcza pierwszej części (film bowiem, można dość łatwo podzielić na Without Son Part i With Son Part) jest nie tyle wolny, co wręcz ślamazarny, co z pewnością było artystycznym założeniem reżysera, jednakże jak dla stworzonka okazuje się zbyt naciągane w swym metafizycznym znaczeniu (ach te stworzonkowe zajęcia filozofii).



Jedyną rzeczą, która faktycznie artystycznie przypadła stworzonku do gustu jest kompletny brak muzyki- tło tworzą tu naturalne odgłosy wsi, jak parskanie koni, czy szczekanie psów. Good choice!



Filmem przeważającym szalę zalet WFF była Errata. Czarnobiały thriller argentyński. Jak dla stworzonka Film Który Okazał Się Czymś Zupełnie Innym Niż Stworzonko Przypuszczało Na Początku, innymi słowy Odkryciem.

Seriously, stworzonko wchodziło na salę filmową (po poznaniu reżysera, niewiele na oko starszego niż stworzonko- boże, jak ono mało w życiu dokonało) oczekując zasadniczo schematycznego thrillera o porwanej kobiecie, której poszukuje jej ukochany. Taki Bourne w wersji glamour. Oglądając stworzonko musiało zamykać sobie ciągle rozchylone w niemym pytaniu: what? usta. Nie dość, że wyglądało to zabawnie, to jeszcze na dodatek otoczone było wiązką pozytywnych emocji, bowiem film zmierzał w tak abstrakcyjnie nieoczekiwanym kierunku, że wychodząc stworzonko było widzem historii o bibliofilach. A jak wiecie, stworzonko czuje dziwne pokrewieństwo dusz z owymi ludźmi, więc stojąc w warszawskim korku, co chwila powtarzało sobie jak fantastyczny film widziało.



Ocena czegokolwiek jest zawsze subiektywna. To pociesza stworzonko, które ma niejasne przeczucie, że Japoński Piesek, który tak zostało przez niego skrytykowany okaże się wygranym, natomiast małe stworzonkowe perełki przepadną pośród innych nominowanych. Jeśli chcecie to stworzonko dopisze jutro komentarz do wygranych festiwalu, tak w ramach sprawdzenia jak hipsterki jest jego gust filmowy.

Miłego dnia

Stworzonko:)

PS. Na Wenus w Futrze nie było już biletów, stworzonko pogrąża się w otchłani zawodu i nieszczęścia. Chyba, że ktoś film widział?

niedziela, 13 października 2013

Hej i czołem!

Stworzonko, jak zawsze nieco opóźnione (już możecie zacząć na nie wołać Biały Króliku), ale z tematem (przynajmniej dla niego) niesamowicie przyjemnym. Otóż, myśląc o Dylanie Moranie, faktycznie jesteście blisko.  Nie jest to jednakże strzał w dziesiątkę (mój Moffacie, jak po Doktorze Who wszystko nabiera drugiego dna), albowiem, jak już stworzonko wspomniało- jest ono wyjątkowo niekompetentne i nie wyrobiło się w czasie by pisać o Jedynym, Fantastycznie Fenomenalnym Dylanie M. (ma  stworzonko nadzieję, że mu mistrz wybaczy) Swoją drogą, zdaje się, że już raz wspominało o Moranie TU, nie oznacza to jednak, że nie wytworzy kiedyś laurki pocieszenia. Cóż, obsesja jest ciężką choroba zazwyczaj dla otoczenia chorego.

Dziś jednak o wydarzeniu zbliżonym czasowo do warszawskiego stand-upu. Mianowicie (pamiętajcie o werblach w tle) o WFF. Warszawskim Festiwalu Filmowym



Jeśli czytacie stworzonko od początku jego marnego istnienia, to zapewne zauważyliście (kolejne) obsesyjne zafiksowanie stworzonka, którym, jak zgadujecie jest właśnie WFF. Każdego roku od jakiejś ósmej części swego życia stworzonko obiecuje sobie, że wybierze się na ten festiwal, zwłaszcza, że niestety szanse na pojechanie do Wrocławia (AFF) ma jak zawsze tak samo marne. I rok w rok, jakaś katastrofalna w skutkach inwazja kosmitów, bądź też inna apokalipsa uniemożliwiają stworzonku realizację powziętych planów.

Lecz jest rok 2013. Stworzonko od samego jego początku obiecało sobie, że będzie dla niego rokiem zmian. W tym najważniejszej- tym razem nie uratuje świata, lecz zakupi akredytację na WFF. Znacznie piękniejszym w swej ironii zakończeniem tej anegdotki byłoby, gdyby stworzonko po raz kolejny przegapiło wejście, ale jak na razie 2013 spełnia swe utytułowienie i stworzonku w końcu udało się zasiąść na festiwalowej sali kinowej.

I tutaj pojawia się problem- bowiem stworzonko nie wie, czy przez resztę wpisu powinno rozpływać się w postać bulgoczącego budyniu szczęścia nad samym faktem tego, że ktoś podarował mu świstek papieru na którym kazał realnie ocenić film (ach te niespełnione aspiracje bycia profesjonalnym krytykiem filmowym), czy też z pełnia spokoju przejść do filmu na który stworzonko się udało. Po krótszym (dłuższym, trust me) przemyśleniu zagadnienia stworzonko jednak zdecydowało się Was zanudzić jednak gadaniną o treści filmu. A był to Rona i Nele, Silvii Chiogny. Stworzonko nie będzie Was czarować- nie znało absolutnie nikogo, ani z obsady, ani od techników, nawet 4th asystenta reżysera nie mogło jakoś ulokować pośród posiadanej wiedzy kinematograficznej. Z drugiej strony właśnie taki zamiar miało.

Powzięte założenia okazały się miodopłynne, że tak stworzonko określi (och, jakby stworzonko schrupało coś w miodzie), bowiem Rona i Nele okazały się drugim filmem na prywatnej liście stworzonka Najlepiej i Najsympatyczniej Poprawiających Nastrój Produkcji. Ever ever.

Historia jest zasadniczo prosta, nawet stosunkowo schematyczna (jakież profesjonalne terminy- stworzonko zaczyna krytyczyć), bowiem mówi o dwóch nieco zagubionych dziewczynach w Berlinie lat bliżej nieokreślonych (starsza współczesność? Tak jakoś lata 90-te?), które przełamują dzielące je bariery nieufności, by ostatecznie pogodzić się z rzeczywistością właśnie dzięki łączącemu je uczuciu. Spoilers? Chyba raczej nie- każdy z nas zna choć jedna taką opowieść i choć z połowy czerpie nadzieję i (może nieco nawiną) wiarę „że będzie lepiej”. Takie historie pełne ciepła podbudowują nasze samopoczucie zazwyczaj obficie utaplane w gęstym, szarym sosie bezsilności (zatrzymajcie stworzonko zanim stanie się równie poetyczne jak niejaki Paolo Cohelo, bowiem gdy tylko to odnotuje, będzie to ostatnia rzecz jaką zrobi w życiu).



Suma sumarum stworzonko przez następne 10 minut po seansie czuło gruntowna wiarę w ludzkość- do chwili, gdy stanęło na przystanku komunikacji miejskiej.

Kończąc, stworzonko nie potrafi sobie jednak odmówić okrutnej przyjemności podzielenia się swoim szczęściem z samej możliwości bytności na WFF (jest dłużne kosmitom), więc z całego serca zachęci Was byście udali się tam równie szczęśliwe jak ono i w podskokach.

Miłego wieczoru

Stworzonko:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14