I nigdy na odwrót
Blog > Komentarze do wpisu

Powiedz mi jak mam oglądać, czyli stworzonko moralizatorsko

Hej i czołem!

Stworzonko ma w głowie pewien pomysł na dzisiejszy wpis. Bowiem samo sobie sprawiło prezent i dzisiaj obejrzało w końcu Atlas Chmur. Ale czy rozwodzenie się nad nim (przy dużej ilości spojlerów- jak to u stworzonka bywa) nie jest po 1. niedotrzymywaniem powziętej obietnicy o tematyce notek zdecydowanie świątecznej? I po 2. swego rodzaju niszczeniem zabawy Czytelnikom, którzy jeszcze obrazu nie widzieli (a jeśli nie możecie się zdecydować stworzonko mówi- idźcie)?

Oba powyższe zarzuty są chyba na tyle silne by powstrzymać stworzonko od poruszenia tematu Atlasu Chmur. Jedyne co może o nim napomknąć to zachęcenie wszystkich, by zobaczyli produkcję. Tylko pod kilkoma warunkami:

- jeśli zna się aktorów po wyrazie twarzy, kolorze oczu, tonie głosu, czy też po specyfice (manieryczności w niektórych przypadkach- ekhm, Hugh Grant, ekhm) gry- wtedy oglądanie staje się nie tylko przyjemniejsze, ale wręcz wzbogaca całość produkcji o jakiś bliżej nieuchwytny element. Stworzonko nie wie jak to nazwać, ale po prostu odnajdywanie twarzy Toma Hanksa w kolejnych wcieleniach było dla niego ważną częścią spektaklu (potem na koniec, tuż po części napisów końcowych możemy obok nazwiska aktorów ujrzeć każdą zagraną przez nich postać. Warto poczekać i sprawdzić jak wiele udało się rozpoznać. Stworzonko w swej próżności poprzechwala się, że rozróżniło całkiem sporo twarzy).

Stworzonko podziwia charakteryzatorów. Na stojąco i z oklaskami

-kolejną istotna kwestią, godną rozważenia przed udanie się na seans są nasze własne oczekiwania. Zawsze wybierając się na przedstawienie jakiegokolwiek typu-kinowego, czy teatralnego trzymamy wewnątrz siebie taką (czasem głęboko schowaną) torebkę pełną żądań w stosunku do obrazu. To właśnie ona (a właściwie rozczarowanie po niej) sprawiają, że dajmy na to- film się nie podobał. Mówimy wtedy: "liczyłem na coś innego", "myślałam, że będzie trochę inny", nadużywamy zwrotu: "okazał się...." To przywara nas wszystkich, że tak górnolotnie stworzonko stwierdzi-ludzi. Bowiem czy skończysz studia i będziesz zawodowym krytykiem, czy tylko amatorem wydającym opinie (i dzielącym się nimi na blogu?), trudno pozbyć się takich zakodowanych oczekiwań. Nieraz po prostu uprzedzeń. Czasami zdarza się także, że idziemy na film dla konkretnego aktora. Myślimy- tak, tak, on jest wymieniony w czołówce, na pewno będę widział go w co drugiej minucie. A tu okazuje się, że Twój ulubiony aktor jest tylko głosem czytającym wiersze (stworzonko ma na to swój życiowy przykład, gdy obejrzało I'm not there-biografię Boba Dylana- bo w liście aktorów grających wymieniony był Ben Whishaw, który w ostatnich czasach stał się jednym z ulubionych aktorów stworzonka.



Bo i jak nie pokochać przystojnego romantyka przy fortepianie?

Jakiż było, nie ukrywajmy, rozżalenie i rozczarowanie stworzonkowe, gdy dochodząc do końca produkcji stworzonko widziało swojego ulubieńca może ze 3 razy. I dopiero później zdało sobie sprawę jak znakomity film-nie tylko w kwestiach biograficznych- stworzonko miało przyjemność zobaczyć. Oraz docenić niesamowity talent aktorski pozostałych wykonawców min. Cate Blanchet (pokłony), czy Christiana Bale'a. I stworzonko dopiero dziś, z czystym sercem może polecić Wam obiektywnie ten obraz. Bowiem czasami rozczarowanie spowodowane brakiem ulubionego aktora jest tak duże, że nie zwracamy uwagę na całość filmu).

To tak naprawdę tylko pretekst, by pospamować Benem

Co wynika z tych stworzonkowych dygresji? Nie powinno się (jak to źle brzmi) iść na ten film mając na celu delektowanie się cudowną grą aktorską (znowu) Bana. Bo nie docenimy Halle Barry. Choć stworzonko musi Wam od razu zaznaczyć, że rola Whishawa (tj. historia w której grał główną postać) jest chyba jego ulubioną. Ale to może wynikać z kwestii, że stworzonko [UWAGA SPOILER] lubi kino gejowskie. Same nie wie dlaczego- może urzeka je w pewnym stopniu wizja zakazanej miłości. Powiecie: ależ stworzonko, przecież możesz sobie obejrzeć każdy inny melodramat, szczególnie kostiumowy! Ale stworzonko odpowie na to tylko, że męska miłość ma specyficzny, niedopowiedziany do końca charakter tajemnicy. I smutku. Albo może to kwestia tego, że stworzonko zostało jako dziecko wychowane na dramatach w tym Tajemnicy Brokeback Mountain.

Ale stworzonko niebezpiecznie oddaliło się od tematu zaleceń filmowych. Więc podsumowując poprzedni podpunkt: nie uprzedzajcie się do filmu (jakiegokolwiek) a nie wyjdziecie rozczarowani (jeśli już ze złym zdaniem to może chociaż takim mniej subiektywnym)

- z poprzednią kwestią łączy się także temat z tego akapitu. Tutaj, bowiem stworzonko chiciało nieco napomknąć o treści jako takiej. Obraz braci Wachowskich i Toma Tykwera ma w sobie dużo tzw. mądrych cytatów, przesłań. Rzec by, jest aż od nich przeładowany. Prawie każdy bohater wypowiada kwestię, którą można by uznać za sentencję. Stworzonko nie wie w jakim stopniu jest to kwestia książki (bo sam film jest na niej oparty), ale jak tylko przeczyta to Wam powie.



Anyway, stworzonko przyzna, że mogą się one wydać niektórym błache lub pretensjonalne. Ale stworzonko to zaakceptowało. Powiedziało sobie: Ok, to pasuje i od razu lepiej przyjęło dawkę mądrości. Stworzonko podejrzewa, że właśnie obecność licznych podniosłych słów zniechęciła wielu recenzentów i widzów do produkcji. Ale stworzonko osobiście uważa, że akurat do Atlasu Chmur taka atmosfera jak najbardziej pasuje. Mimo, iż stworzonko nie nazwało by same siebie zagorzałym entuzjastą kina o tematyce metafizycznej, ten obraz bardzo mu się spodobał. To taki film, który stworzonko chciałoby mieć na DVD.

Bo mądrości mądrościami, ale zdjęcia są bez żadnego ale piękne

I nie chcę tutaj wyjść na wielkiego orędownika geniuszu Wachowskich i Tykwera, ani obrońcę filmu za wszelką cenę. Zasmuciła stworzonko po prostu ta nagonka na Atlas. Jest wiele gorszych filmów na które nie wylewa się tyle niechęci. Ale może właśnie w tej sytuacji mamy do czynienia z mechanizmem o którym stworzonko nie tak dawni pisało- gdy sympatie są relatywne i zależące od gustu. A Atlas Chmur trafił tylko do wąskiego grona odbiorców? Stworzonko myśli, że to byłaby całkiem optymistyczna wizja.

Zdjęcie nie związane z konkluzją, ale piękne, więc się nim chwalę

Miał być krótki wstęp do wpisu, a wyszło oddzielne dzieło, z którym stworzonku żal się rozstać. By jednak zachować pozory uczciwości stworzonko zarekomenduje tą rzekomą-recenzję jako przydatny dodatek do filmowej dyskusji z rodziną pt. A co oglądałeś w tym roku? Możecie wtedy powołać się na stworzonko i odnieść do jego opinii z dzisiejszej notki <mruga porozumiewawczo okiem>. Stworzonko ma nadzieję, że nie zanudziło Was, ani za bardzo nie rozczarowało dywagacją w stylu: być albo nie być (to wszystko przez to, że stworzonko przeczytało nie tak dawni Hamleta).

Za to już w czwartek przepis na poważną rozmowę kulturalną z rodziną przy wigilijnym stole, a zaraz potem Christmas List. In the meanwhile trochę rozbrajających (dosłownie) ilustracji. Stworzonko zapowiada żebyście poskramiali jego nie świąteczne zapędy wpisowe i przypominali mu obietnicach. Promise is promise, in the end.

Dobrej nocy

Stworzonko:)

PS. Chyba nie było aż tak dużo spoilerów co? (stworzonko po prostu przestało je zauważać, bo bezczelnie uważa, że trudno bez nich rozmawiać o jakiejkolwiek sztuce)

sobota, 08 grudnia 2012, stworzonko_anna

Polecane wpisy

Komentarze
agnieszkaczyta
2012/12/10 11:42:41
Absolutnie potrzebne te zajawki filmowe. Jako wzrokowiec jestem za. Poza tym cieszę się, że Twój ulubieniec Ben zagrał Roberta. Uroczy Robert to mój ulubiony bohater książki. Bo ja z kolei najpierw przyczytalam kiążkę...

Książka jest świetna. Zostawia jakiś osad smutku w człowieku. Też jest troszkę moralizatorska... Ale jak widać po Twoim wpisie - moralizowanie każdemu zdarzyć się może :)
-
2012/12/10 18:51:32
Właśnie stworzonko napisało tą notkę pod wpływem tego jak to nazwałaś osadu smutku. Od czasu obejrzenia stworzonko samo siebie przekonuje, że tak to musiało się skończyć- ta historia Roberta. I nie może przeboleć, że na dobrą sprawę tylko ona ma taki finał. Smutny. Polecasz książkę? Bowiem stworzonku jakoś tak ciężko rozstać się z bohaterami których pokochało, a nie jest pewne czy powinno pozycję kupić..
-
agnieszkaczyta
2012/12/10 19:09:21
Warto książkę mieć na własność. Jestem przekonana. Marzy mi się przeczytanie jej teraz w oryginale, bo tłumaczenie, choć dobre, a miejscami nawet bardzo dobre, zawsze coś zmienia. A tu artyzm jest w języku. Język tworzy te postaci...
Inna sprawa, że podobno film koncentruje się na iinych wątkach niż książka. To mam dopiero sprawdzić :)
-
2012/12/13 21:29:29
Polecam więc wymienienie się wrażeniami (kiedy Ty zobaczysz film, a stworzonko przeczyta książkę). Za Twoja radą stworzonko zakupi jeden egzemplarz na własność, a może porwie się od razu na oryginał ;)